5 marca 2011

Indyjskie reminiscencje - święte krowy

Ze w Indiach krowy są świete, wie podejrzewam nawet Murzynek Bambo. Utrwalilo sie to wrecz jako idiom - "swieta krowa" to synonim kogos nietykalnego, za zalozenia. Faktycznie - lazi toto po calych Indiach szare i brudne, snuje sie pomiedzy samochodami, nawet na autostradzie grzecznie omijane przez TIRy, wyzera bezczelnie ze straganow warzywa (co sprytniejsi zostawiaja obok na ziemi zgnilki, uwazane przez krowy za smaczniejsze ;) No i oczywiście zostawia krowie placki - ale o nich pozniej. Na starosc padaja przy ulicy, zjadane przez stada ptakow. Nic sie nie marnuje. Za skrzywdzenie krowy, jednym z zadan pokuty jest spozycie pieciu produktow krowy. Jakich, latwo sie domyslic.
Malo kto jednak wie, ze wluczace sie samopas wszedzie krowy są czyjes. Kazda ma swojego wlasciciela! Kazda ma swoje niepowtarzalne imie i gdy wlasciciel wieczorem wyjdzie na droge, wykrzyczawszy imie, ona odmuczy w odpowiedzi z kilometrow! A także wroci do domu na takie wolanie!
Jeszcze mniej jednak Europejczykow wie, DLACZEGO indyjskie krowy swietymi są. Wbrew pozorom, nie są świete tak samo jak nasz Baranek Bozy ;) I nie dlatego, ze ktorys z indyjskich bogow je tak umilowal jak np. malpe.
Swą "świetosc", a raczej nietykalośc zawdzieczaja temu, ze Hndusi uwazaja je za Żywicielki - KAŻDY głodny może podejsc na ulicy do krowiny i zaspokoic glod kubkiem cieplego, pozywnego mleka.. Dlatego są nietykalne, a nie świete", w naszym rozumieniu.. W dawnych Indiach mialo to znaczenie podstawowe, dzis korzystaja z tego "świeci wędrowcy", odpowiednik naszych "pielgrzymow donikąd", dla których caly swiat jest domem, nie posiadaja niczego, zyja wylacznie z jalmuzny.. (Nawet w dzisiejszej Polsce, pod Suwalkami czy innymi Ustrzykami do krowiny mawia sie pieszczotliwie: "mućka, żiwiciełko ty maja!" Analogie są słuszne ;)
Sam widzialem kilku takich - normalnym widokiem na indyjskiej autostradzie jest maszerujacy czlowiek z czerwona flaga, a za nim KULAJACY SIE bokiem, czasem kilkadziesiat kilometrow, obdarty mnich.. To taki odpowiednik naszej pielgrzymki do Czestochowy na kleczkach..

4 marca 2011

Indyjskie reminiscencje - Języki Indii...

Warto sobie uswiadomic, ze Indie (bez Pakistanu i Bangladeszu) są wieksze niż wszystkie kraje Europy lacznie.. Podobno to najwiekszy demokratyczny kraj (republika parlamentarna) na swiecie. Ponad 3 tys km w kazda strone. Konsekwencja tego jest ponad 1500 jezykow lokalnych. Jak sie wiec dogaduja? ;)

Obowiazuja trzy jezyki urzedowe - angielski (po Imperium), sanskryt (starszy niż aramejski..) i braminski. Tych ucza sie w szkole. Plus lokalnego w domu. Wyksztalcony Hindus rozumie ok. 20 lokalnych jezykow, mowi i pisze w kilku.
Warto sobie tez uswiadomic, ze np. Jezyki romanskie, a także slowianskie, to jezyki tzw. Indoeuropejskie - mowiac prosto, wylegly sie wszystkie z hinduskiego sanskrytu. Co smieszne, ten powrocil po tysiacach lat do Indii jako angielski! Także w dzisiejszym arabskim jest wiele wyrazow "indyjskich" (a nie odwrotnie, jak by sie wydawalo..)
Jeszcze fajniejszym efektem wielojezycznosci Indii są banknoty. Na kazdym papierku (aktualnie obowiazkowo z lysina Gandhiego na awersie) widnieje np. Cyfra 10 z angielskim podpisem TEEN RUPIAS. Nic wielkiego. Ale na rewersie ta sama cyfra ma wypisane w slupku "dziesiec rupii" w pietnastu glownych, najpopularniejszych jezykach Indii..
Typowy wspolczesny indyjski banknot
Typowy, wspolczesny indyjski banknot z Gadhim (te ze sloniami nie dzialaja ;) Wkleilem fragment rewersu z nominałami w wielu HindoJezykach :)

Jeszcze ciekawsze są monety - mniejsze nominaly dla niepismiennej biedoty zamiast CYFR maja wybity obrazek pokazujacy na palcach nominal - ilosc rupii.. Jak dla mnie, podejscie bardzo ludzkie ;)

3 marca 2011

Indyjskie reminiscencje - pierwsze wrażenia

Czlowiek jednak troche "blazowieje" zobaczywszy kilka krajow stricte odmiennych od Grecji czy innego Egiptu :)

Oczywiscie Trojkat byl Zloty, jak wszedzie w takich miejscach swiata da sie zobaczyc jak jak to nazywam, "calkiem ladnie ulozone kamienie" zostawione tam dla potomnych po wladcach-przodkach.. Palace, TajMahale i te sprawy :)

Tym wiekszy kontrast sie odczuwa po noclegu w hotelu - dawnym palacu maharadzy, gdy nazajutrz jedzie sie setke kilometrow mijajac cala droge tysiace drewnianych budek na nozkach stojacych w gorach smieci (lokalna mala inicjatywa gospodarcza) lub szalasow przydroznych z antena satelitarna i hamakiem (zajazd dla ciezarowek)

Ubocznym skutkiem po przyjezdzie jest ZBYT dobry wech - w zyciu nie wiedzialem ze wszystko i wszyscy tak roznorodnie pachna :D

I co mnie wkurzylo - tamtejsze bankomaty NIE OBSLUGUJA kart z CHIPEM ;/ Mysle ze to moze byc istotna informacja dla podroznych z kraju, w ktorym NIE WYDAJE sie juz kart bez chipa.. Tylko dzieki nieformalnym rozwiazaniom udalo mi sie posiadac jakas gotowke na wydatki :)

30 listopada 2010

Shang-Hai, psi-na na ostro i to-fu so-te część 3/6

Transport: Za wejscie do taxi- 6rmb, w Shanghaju 11rmb. Przejechanie przez pol 8-milionowego miasta- 20rmb (2 rmb=1 zl). Niema zadnej taryfy nocnej ani 2-giej strefy- za dyche dojedziesz gdzie chcesz! W 10 milionowym mieście.:)

Można oczywiście jechać metrem - 10 linii dobrze pokrywa miasto - za 3-5Y dojedziesz wszedzie - czyli za max 2,5zl przejedziesz jakby metrem warszawskim w te i z powrotem cala trase;) Tambylcy jezdza tez autobusami (kilkaset linii w nawet srednich miastach) oraz wlasnymi skuterkami, wszyscy ELEKTRYCZNYMI - tych spalinowych widzialem zaledwie kilka.. Na rowerach jezdza juz tylko dziadkowie - pod prad - bo tylko JEDNA strona ulicy wolno jezdzic rowerem - w OBIE strony :) Tworzy to ciekawa zagadke drogowa na 3-pasmowych skrzyzowaniach :)
Kolej? Za przejazd 1400km luxusowym pociągiem 4-kuszetkowym, typu hyper-wypas-intercity z osobnymi kiblami meskimi i damskimi (czystymi), zaplacilem rownowartosc przejazdu PKP z Poznania do Warszawy ;) I jeszcze ladniutka panienka-wagonowa kawe rano przyniosla do przedzialu gratis od firmy ;)
Telewizja.. Telenowele? Przez dwa tygodnie na zadnym z 14-tu panstwowych kanalow, ani na zadnym z komercyjnych, nie trafilem na telenowele wspolczesna, jak nasze "M jak marmolada".. Jeśli takie są, wszystkie dzieja sie za czasow Cesarstwa, kiedy możliwe były wielkie emocje, wielkie pieniadze, wielka milosc i rownie skomplikowane intrygii.. I oczywiście często (cctv1) element wielkiej madrosci, filozofii i efektownej magii, sprawdzajacej sie na ekranie..
Po dwoch tygodniach w Chinach powrot do Polski jest szokiem!
Nowo wybudowany terminal na Okeciu jest jakosci i wielkosci starego terminalu w Szanghaju, ktory Chinczycy wlasnie koncza rozbierac..

Byle Chinczyk, przybywszy nawet z prowincji (czyli z miasta ponizej miliona mieszk.) bedzie sie dziwil, dlaczego w centrum polskiej Stolicy tak bardzo niema wieżowców :) Starówka jaka, czy co? ;) jeden mariot, PKN i CZ nie zalatwiaja sprawy, gdy w byle chinskim miasteczku kazde osiedle ma kilkanascie 20-30 pietrowcow.. i to KAZDY budynek jest inny - kazdy ma inny wystroj, inne zwieczenie! A nawet stoi odpowiednio, wg. fengShiu - plecami do skaly, twarza do wody.

Polskie ulice obsmarowane sprajami, zapchane dwupasmowe skrzyzowania stolicy, a kolejowy Dworzec Centralny tak brudny i niedomyty, smierdzacy szczynami, polamany i obskurny, niczym ruskie dworce za komuny - zamiast remontowac, powinno sie ta maszkare wysadzic, gruzy zaorac i posadzic park im. Lecha Kwaczącego (jak tfu, w Sopocie!).

I wpuscic Chinczykow, niech nam tanio i porzadnie zbuduja cos europejskiego :)

25 listopada 2010

Shang-Hai, psi-na na ostro i to-fu so-te część 2/6

Poziom zycia
Nasze wyobrazenie o poziomie zycia dzisiejszego Chinczyka jest takie, jak obecnie przecietnego Amerykanina o Polakach - szare blokowiska z lat 60-tych, szare ulice, puste sklepy. Duze fiaty na ulicach i maszyny do szycia na pedaly :) A jest calkiem inaczej.
W Chinach, jeśli sie buduje, to cale osiedle na raz. Praktycznie kilkudziesieciopietrowe bloki mieszkalne otoczone dzwigami i zielona siatka, kilkanascie budynkow na raz, na tym samym stopniu budowy. To już nie tylko kwestia skali i dobrej logistyki, ale sposobu myslenia! U nas nawet za Gierka budowano jeden blok na raz, nie mowiac o dzisiejszych 'developerkach'..

Za to nawet w biedniejszych miastach kazda nowo montowana rura konstrukcyjna na dworze, np. przystanki autobusowe jest z b. drogiej stali nierdzewnej, a nie jak u nas ze zwyklej malowanej surowki lub korodujacego blyskawicznie aluminium..

Przez dwa tygodnie, pokonawszy po samych Chinach ponad 4 tys kilometrow, nie zauwazylem tez ani jednej dziury w swiezutkim wszedzie asfalcie, za to wiekszosc drog biegnie PONAD miastami, betonowa, wielopasmowka. Skrzyzowania są często trzypoziomowe, bywaja tez cztero. W Szanghaju estakady noca są podswietlone.. A nasi inzynierowie trzymaja sie jednak klasycznych, 19-wiecznych metod projektowania drog wylacznie w plaszczyznie poziomej. Ew buduja kladke nad przecinajacymi sie autostradami ;)

Są czywiście tez takie miejsca, których nie pokazuje sie bogatym dewizowym turystom (tak, dla Chinczykow to także Polacy), miejsca jeszcze ze "starych Chin", jak Polska wczesnych lat 50-tych, z wszechobecna slumsowa obskurnoscia, brudem, bieda. Dziadkami w wymeczonych szmatach, zbierajacymi plastikowe butelki, jak u nas puszki po piwie.. Publiczne ubikacje w hutongach co kilka domow, porcelanowe wiadra z przykrywka na odchody, zlewozmywaki z lastryko montowane za oknem na wysokosci 1 pietra, z odplywem na ulice.. Tu nikogo nie dziwia majtki i biustonosz powieszone na futrynie wejsciowej do domu... Czasem przejezdza tedy ciezarowym rowerem zbieracz makulatury lub wazywniak na kolkach, którego charakterystyczny dzwonek z talezy przy kierownicy slychac z daleka! Ale takie miejsca to w Chinach enklawy, drobne resztki i pamiatki z przeszlosci. Chiny dzisiejsze poziomem rozwoju infrastruktury przewyzszaja Niemcy, a srednim poziomem zycia w miastach, londynczykow!

W Chinach niema nieuzytkow (tylko my jestesmy tak bogatym krajem, ze nas na nie stac) - tutaj, jeśli na jakims skrawku gruntu nie da sie posadzic nic jadalnego, sadzi sie drzewa. Drzewa, sadzone co roku, rowniutko, metr w metr, ciagna sie nie tylko wzdluz drogi, ale i kilometry w glab, setkami kilometrow! Nie wiem czy przeznaczane są Na opal, budowe, papier, ale liczy sie myslenie - drewno jest przydatne, nawet to z olchy rosnacej na bagnie..

16 listopada 2010

Shang-Hai, psi-na na ostro i to-fu so-te część 1/6


Czyli:
Piesek - w Polsce: slodki, a Chinach: slodko-kwasny ;)
Wlasnie spedzilem dwa tygodnie w Chinach (half biznes, half enjoy), tamtejsi faceci robili sobie ze mna zdjecia na Chinskim Murze, a zgrabne i operatywne laseczki dawaly swoje e-maile zapraszajac do kontaktu ;)
I były to dni prawie kazde w innym miejscu, innym regionie, innej prowincji. Dni pelne wrazen, poznawania nie tylko orientalnej dla nas kultury, ale przede wszystkim Chin wspolczesnych, jakich tak na prawde nie znamy.
Bo nasze stereotypy to zwykle skosnooki kulis w pidzamie i slomianym kapeluszu podzierajacy na rowerku przez zabiedzone miasteczko. I tak było tu jeszcze 10 lat temu...

A dzis jest kompletnie inaczej. Wiekszosc Chin to miasta przy których chowa sie europejski Londyn i Bruxela. Pod wzgledem poziomu rozwoju, poziomu zycia, rozmachu inwestycji, wygody zycia, funkcjonalnosci miejskiej infrastruktury, a nawet inwencji i otwartosci we wlasnym ubiorze.. Warszawa przy Szanghaju to jakies biedne, zasniezone i zapyziale miasteczko w rosyjskiej tajdze..

Jako ze lokalna waluta, zwana potocznie "rambutanami" (RMB) nadal pozostaje niewymienialna, turysci z UE to nadal dewizowi imperialisci :) Przeto kwaterowano nas w hotelach pieciogwiazdkowych, gdzie komputer i fax w pokoju z tarasem widokowym na panorame Szanghaju S.A. W standardzie. O pieknym, jednorazowym drewnianym grzebyku, "przytnij brode kit", "przyszyj cokolwiek kit" i stadzie innych KIT-ow nie wspominajac.. Nie wiem czy oferuja to we wa-wszawskim Mariocie - ja wole w tej samej cenie widok Szanghaju ;)



Przylot: jeli mijane na ulicy kobiety ziewaja nie zakrywajac ust i a mezczyzni harkaja na ulice, lub sasiad w samolocie straszliwie i radosnie mlaszcze zujac gume, to znak jestes już w Chinach.
Plywajace bilboardy czyli wszechobecne tablice z czerwonych diod LED, na których b. wygodnie wyswietla sie te rozdeptane pajaki..
A np. cyfry w chinskich textach, na wizytowkach i reklamach, pisze sie arabskie z dwoch powodow. Tradycyjnie pisane nr telefonu zajmuja po prostu zbyt duzo miejsca. Poza tym, cyfry pisane "samotnie" wg. Chinczykow nie wygladaja estetycznie i burza harmonie. Wola być pisane po chinsku tylko jako liczebniki w nazwach wlasnych (np. Czwarta Sluza na kanale, Pierwsze Liceum Pekinskie)...
W oknie praktycznie kazdego prywatnego mieszkania nigdy nie ma firanek i zaslon, a na suficie obowiazkowo pali sie sinoniebieska lampa diodowa, a u bogatych trupiobezowa zarowa energooszczedna.. Jarzeniowek i zarowek, jako archaizmow dawnej epoki, w tym kraju już sie nie uzywa po prostu.  Za to w chinskich oknach, jak i w naszej stolycy, przynajmniej do czwartego pietra są Kraty.
A rewolucja trwa - przynajmniej mieszkaniowa. Panstwo przymusowo wybuza slumsowe hutongi, a na uzyskanym terenie prywatni developerzy masowo stawiaja 20-to pietrowe wiezowce. I każdy z nich jest inny i zgodnie z Feng-Shui bardzo często ma na dachu cos fikusnego, rozcinajacego swym ksztaltem ostra, kanciata bryle.Na kazdym wiezowcu inne "cos"...

DUZO zdjec bedzie TUTAJ

17 lutego 2009

Izrael: The Holy Land Crusade 2009 - part II


W Państwie IZRAEL są trzy dni wolne.

Pierwszy wolny dzień to piątek - obchodzą go wszyscy Muzulmane- zamykają swoje knajpy , kebab-hałsy i kafeje. Wtedy muezin z minaretu o zachodzie słońca obwieszcza FINITO. Arabowie zamykają okiennice i zajmują się dlugo i namietnie swoimi żonami. tyloma, na ile ich STAĆ - bo mogą sobie wziąć TYLKOv tyle, na ilu żen utrzymanie ich stać - to nie jest taka ot, samowolka, kto sobie ich po prostu więcej nagrabi :)

Drugi dzień wolny to sobota. wiadomo- szabas. W ten dzień każdy pobożny Żyd nie wychyla nosa z domu, nawet nie wspominając o prowadzeniu jakiegoś biznesu. Wtedy wszystkie wylotówki z miast obstawione są przewoźnymi kramami z kwiatami.. Strumienie, gąszcze, strugi kwiatów na ulicach.. Każdy pobożny Żyd w szabas przystraja swój dom kwieciem.  w piatek wieczorem, o zmroku, zamiera cały Izrael.. Zamierają ulice, dworce, nie jeżdżą autobusy, samochody.. Do niedawna NIE WOLNO było w Szabas wyjeżdżać nawet karetkom pogotowia i Straży Pożarnej, jednak Kneset po długich obradach zezwolił w końcu na to ustępstwo.

Trzeci dzień wolny to niedziela. Obchodzi go aż całe 2% populacji Izraela - jednak w tym państwie słowo WIERZĘ oznacza ZAWSZE: PRAKTYKUJĘ !!!
Więc są tam takze całe dzielnice chrześcijańskie, które zamierają handlem w niedzielę. Ale no problem, zawsze mozna przejść się na kebab do Araba :) Oczywiście tylko koszerny.
Wszysko musi być dopasowane - Arab, Żyd, Chrześcijanin (nie katolik!!) egzystują we wspólnej stazie, która przypomina dobrosąsiedzkie stosunki trzech kolesi siedących tyłkami na tym samym, gorącym wulkanie. Póki żaden z nich się nie sparzy, wszystko działa jak trzeba..

Czwartą siłą są Palestyńczycy..

15 lutego 2009

Izrael: The Holy Land Crusade 2009 - part I


Mieszkalem tydzień w Ziemi Świętej.

Niektórzy nazwywają to miejsce na Ziemi IZRAELEM.
Mieszkalem tydzien w Betlehem (Betlejem) - tam, gdzie narodził się pewien człowiek: dla jednych po prostu kolejny prorok, dla innych bardzo mądry i dobry Rabin, dla jeszcze innych, których w Izraelu jest zaledwie 1%, wcielenie Boga Żywego na Ziemi.

Przez tydzien wlóczyłem się po miejscach, w których nauczał, gdzie dzielił chleb i ryby, dotykalem miejsc, w których w wino wodę zamienial. Plywalem po Morzu Galilejskim, widzialem zburzone mury Jerycho, widzialem umierające Morze Martwe...

Ale mieszkałem tydzień w GETTCIE. Autonomia Palestyńska Betlehem to DOKŁADNIE to samo, co getto warszawskie.
Teraz Izraelscy Żydzi robią DOKŁADNIE to samo Arabom, co Hitlerowcy robili Żydom w gettach. NAwet lutowe plakaty wyborcze posługują się tym samym sloganem, co Hitler w latach 30-tych: TRZEBA WRESZCIE ROZWIĄZAĆ KWESTIĘ ARABSKĄ!

Betlehem to skrawek ziemi niczyjej, POZA państwem Izrael. jest w samym centrum tego państwa. Ma rozmiary 5 na 15 km. Otoczone jest betonowym murem, wysokości 10m, na którym są co 30 m wieżyczki strażnicze. Żaden Izraelczyk nie ma prawa wjechać na teren Autonomii, chyba że z misją wojskową. Żaden Palestyńczyk niema prawa wyjechać z Autonomii.

Jeśli już musi, np. jest zatrudniony w oddalonej o 5 km Jerozolimie (Jerusalheem) musi posiadać przepustkę, na której ma wypisane, dla kogo pracuje, gdzie dokladnie, i w jakich dniach. Jesli zostaje zlapany gdzie indziej, czapa.


Brama ze stali do Jerozolimy.. (może to Ósma Brama Jeruzalem??) Dookoła mur z wieżyczkami strażników.. I TRZY budki kontroli granicznej po drodze. A to jeszcze była droga tylko dla personelu dyplomatycznego i prasowego.

Ja sam, kazdego dnia, przekraczajac granice MURU, codziennie musialem odpowiadac na kilkanascie wciaz tych samych pytan.. Dla kogo pracujesz? Kogo znasz tu i tam? Dlaczego jestes w Izraelu? Czy ktos ci cos przekazal? Czy umiesz obslugiwac karabin UZI?




Autonomia Żyje! A samochody z takimi żółtymi rejestracjami mają ZAKAZ jeźdżenia po terenie Izraela. Mogą jeździć po dzielnicy 5x15km. Całe życie


Ziemię świętą przejechalem, przewędrowalem z pewnym Franciszkaninem, który mieszkał już tam poonad osiem lat. Kurzył jak ruski czołg, psikal zakatarzony grypą - bo to środek zimy przecież - tylko 15 stopni rano :) Zelówki tenisówek zdarły mi się kompletnie, tak że połowę drogi przewędrowalem praktycznie boso. Niesamowite wrażenie, czyć pod bosymi stopami te same miejsca, kamienie, po których stąpał pewien rabin z Nazaretu niecałe 2 tysiące lat temu..

A czy wiecie, że w Ziemi Świętej nie obowiązuje piątkowy post? To zbyt świeta ziemia, by na niej pościć.. Każdy, kto odbędzie do niej pielgrzymkę, dostaje zupełne odpuszczenie grzechów, jakie by one nie były.. Warto w takim miejscu zrobic w ciszy i spokoju przegląd własnego życia.. Niektorzy nazywają to rachunkiem sumienia..
Więc w ciszy sumienia przeglądałem tam to, czego żałuję, co chciałbym zrobić inaczej, czego nie powinienem zrobić w swoim życiu. Jest tego trochę. Ale trzeba być Bogiem, żeby w momencie decyzji wiedzieć, czy to będzie dobre, czy złe..

Przy okazji oczywiście z dwoma klerykami wloczylismy sie po ortodoksyjnej zydowskiej dzielnicy, gdzie w szabas wolno wychodzic tylko  w rudej, futrzanej lisiej czapie, wdepnelismy na izraelska zadyme i nawiedzona nauczycielke ze Slwacji (2 lata in Israel), Widzielismy wszystkie Siedem Bram Jerozolimy (wraz z ósmą, Złotą Bramą, zamurowaną od czasów powstania murów, by w Dzień Sądu być otwartą..

Widzieliśmy setki miejsc, zarzeń, które są tak podporzadkowane w Izraelu religii, jak cena sera w naszym supermarkecie. Po prostu zamawiasz, nie patrzysz na nią. To samo jest tam - w Izraelu, wszystko o czym powiedzieli Prorocy, po prostu JEST. JEST powiedziane i takim zostaje do końca świata.

I widzialem grob Izaaka, i widzialem groby wielu prorokow. I widzialem Ostatnia Sciane Swiatynii, ktora niektorzy nazywaja Sciana Placzu. Czulem pod dotykiem dloni jej cieplo i moc miliardow modlitw, kazdej innej, kazdej skupionej na tych kilku kamieniach..

I widzialem swiętą Torę w bibliotece, i widziałem strażnika biblioteki z UZI, w koszulce z oczami ninja na plecach, siedzącego i czytającego psalmy. A zupełnie nad nim, po górnych deskach regałów biblioteki, spacerowały golebie..  I dostalem od starego, pejsatego, siwego Zyda w bibliotece swieczke, ktora mam zapalic w domu dla rodziny. Na szczescie.

26 września 2007

Grecki kontrakt: Kalinichta ;D

Wredne greckie powiedzonko :) ...pierwszy raz mi sie je udalo przetlumaczyc - ten grecki idiom tak ladnie na polski z rymem, wiec sie pochwale, a co mi tam :D
"Kalinichta, kise mu tin nichta"

czyli:

"Dobranoc, pocałuj mnie tam gdzie najciemniej, tak na noc" ;)

Zegnaj Grecjo - mam Ciebie dosyc na najblizsza pieciolatke :)

20 czerwca 2007

Grecki kontrakt: PERIMENETE', TI ELLINIKA MILIATE'!

Niech pan poczeka, poudaje Greka :D... Jezyk grecki jest bardzo latwy. Wbrew pozorom. Pozory sa mylace, byc moze kazdemu sie wydaje ze przez te pokrecone literki (alfabet GRECKI [Grecja, Rosja, Sredniowieczna lacina], nie LACINSKI - jakim posluguje sie obecnie wiekszosc Europy) W koncu, jak by nie patrzec, w duzym uproszczeniu, poslugujemy sie wspolczesnie zmodyfikowana greką! [dimotikI] :) Ktora jest "popularna" wersja greki klasycznej, literackiej [katharEvoussa], w ktorej strofy skladal Homer i inni Wielcy... Ciekawostka - w strofach Homera (nie amerykanskiego piwosza Homera Simpsona, tylko antycznego artysty), od rymu w wierszu wazniejsza jest strofa akcentowa, nie RYM, jak u nas (czyli cos w rodzaju MELODII, dzieki ktorej da sie spiewac melodyjnie utwór calkiem NIERYMOWANY!)! Ciekawostka druga - to to, ze w Grecji praktycznie od zawsze istnialy DWA jezyki: literacki i ludowy. Roznily sie prawie tak, jak dla nas np. czeski i słowacki! (my, Polacy, rozumiemy oba, tak jak Grecy swoje, ale musimy przez chwile przestawic percepcje i słownictwo) Jesli ktos uczyl sie w Liceum łaciny, ten zauwazyl, ze wiele wyrazow greckich, ba, wrecz angielskich albo niemieckich jest podobnych do laciny... Ale dlaczego? Bo rozpelzajaca sie po Koloniach Rzymu Cezarów ["Alexander", "300"] admnistracja Imperium Romanum wprowadzila jako jezyk urzedowy łacinę na obszarze większym niż nawet dzisiejsza Unia Europejska. Na kilkaset lat. Po dwoch tysiacach lat regionalne wplywy historyczne i kulturowe doprowadzily w koncu do lokalnych zmian w jezyku, fonetycznych i gramatycznych, i tak "powstaly" wspolczesne jezyki: angielski, niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, portugalski, jezyk wysp Dodekanozu [Simi, Rodos, cypr] wreszcie (tu az 500 lat wpływów arabskich!). Powiesz- to są inne języki? Ale wystarczy spojrzec chocby na pierwszy z brzegu wyraz: NOC - naht (niem.), night (ang.), noun (fr.), nihta (gr.), [?..] (lat.) W kazdym z jezykow nazwa ta BRZMI bardzo podobnie - czyzby przypadek, albo zbieg okolicznosci? (gorzej jest z poprawnym zapisem :) Nie - wszystkie modyfikacjie pochodza od JEDNEGo jezyja- greckiego. Przykladow mozna by przytoczyc stado, ale kto ciekawy, ten sam je potropi - GOOGLE Twoim przyjacielem :) k Jeszcze jedną interesujacą ciekawostka jest to, ze j. grecki, jako jeden ze starszych jezykow, jest jezykiem czesciowo intonacyjnym ( tak jak jezyki Wschodu: japonski, chinski, koreanski) - czyli gdzie ten sam wyraz, inaczej zaakcentowany, znaczy kompletnie co innego! np. Stawros (imie), ale Stawros - nazwa miasta :) Ale niema sie co martwic - w j. polskim wyraz ZAMEK ma az cztery znaczenia, nie rozroznialne akcentem, a jedynie kontekstem zdania!! (Albo np. potoczny arabski, gdzie samoglosek nie pisze się WOGÓLE, są w tekscie domyślne i trzeba po prostu wiedziec gdzie występują w danym wyrazie! Albo w polskim, piszemy "szła", zamiast "ona szła" - bardzo trudne dla nie-Polaków!) Dlatego twierdze, ze j. grecki jest latwy do nauki. Tak jak angielski ("she goes"). Jest gramatycznie bardzo regularny, prosty skladniowo i mozna w nim tworzyc skomplikowane znaczenia za pomoca kilku prostych wyrazow: np. machieropiruni - sztucce, a dokladnie "machieri"-noz, i "piruni"-widelec = po polsku sie tak latwo nie da, noz to noz, widelec to widelec, sztucce to sztucce :) (albo jak w angielskim, np. tin opener) jesli znasz angielski (gramatyka, leksyka) i kumasz nieco łacinę, a przy okazji wbijali Tobie do glowy w szkole rosyjski (uzywane w liturgii prawoslawnej literki grekokatolickie, ktore przetrwaly do dzis w pismie potocznym! :D), to j. grecki Sam Tobie do glowy wlezie, ani sie nie spostrzezesz! :) Jeszzce fajniejsze w tlumaczeniu sa idiomy - nie dosc ze maja melodie zdania, ze sie rymuja w dimotiki, to maja melodie w katharevoUsa! np. "KalinichtA, [pocalujcie wszystkich] tin nihtQ!" (dosl., dobranoc, pocalujcie wszystkich tam gdzie slonce nie dochodzi (IDIOM;dobranoc, pchly na noc, pocalujCiE wszystkich w dupCIE)! Ja, po trzech tygodniach pracy w hotelu, jestem w stanie biernie zrozumiec ponad polowe rozmowy dwoch osob, a takze samodzielnie ulozyc (nie przez wyuczone zwroty ze slowniczka) i powiedziec kilkuwyrazowe proste zdania po grecku. Co prawda jest to jeszcze nieco polamana Greka, z elementami gramatyki, ale dla Grekow zrozumiala w pelni. A przed turystami moge sobie spokojnie poudawac Greka :) Tym bardziej, ze z fryzury i karnacji podobny jestem nieco do Greka z Tracji, a nawet lapie sie ostatnio na tym, ze ze z racji stanowiska, tlumaczac np. zadania do zrobienia Belgowi {lifeguard, ktory nie zaposiada kąpielówek!), najpierw mysle: Borite [pozbierac] plastikho kutalaki, kalamaki, potiriaki kie paralia, se katharizi tasaki kie filia jiro piscina , a pozniej mysle i szukam jak to powiedziec po angielsku ((pick up plastic spoons, slomki [!] and cups on the beach, next clear [popielniczki] and pick up leafs around swimming-pool) - komus, kto mowi glownie po francusku :D I czasem brakuje mi slow po angielsku, ktore znam po grecku. :) Wiec wracam poudawac Greka! :D Co proste jest, CND.

18 czerwca 2007

Grecki kontrakt: ECHI KONDA AERODROMIO

Gdzies tu blisko jest lotnisko... We wtorki, czwartki i piątki nad hotelem od szostej rano do poznego popoludnia z regularnoscia zegarka, rowno co 6 minut, podchodza do ladowania samoloty. Kiedy samolot sobie ot tak, zwyczajnie leci, zaden problem, ale kiedy bydlak ma za pare kilometrow ladowac, jest nizuitko i wyje jak blaszany potepieniec, wytracajac predkosc nad glowa.. W te dni czuje sie jak mieszkaniec Berlina Zachodniego, gdy postawiono mur berlinski - nawet wode i wegiel dostarczano droga powietrzna.. Tu i teraz, z podobna czestotliwoscia dostarcza sie wciaz i wciaz nowych cosmo :) Biznes is biznes, mieszkalem kilkanascie lat praktycznie przy ssamych torach, ktorymi smigaly expresy Berlin-Moskwa. Mozna sie przyzwyczaic.

Grecki kontrakt: Hunting high and low :)

Jestem w w tym hotelu Wielkim Lowczym. Znaczy, lowie z basenu roznosci. Slomki, kubki, lyzeczki, pety rzucane do wody przez szpanujacych przed laskami macho, albo kamienie wrzucane przez dzieci to codziennosc. Dzis jednak wylowilem z dio piscina dwie karty do gry role-playing, guzik od eleganckiej koszuli czterodziurkowy, tytulowa strone wczorajszego TIMES'a, oraz martwa wrone sredniej wielkosci. Plywala sobie wzdęta, pasywnie, na powierzchni. I taka mnie refleksja naszla - ludkowie wrzucaja do basenu rozne rzeczy, a pozniej przychodza ze w tej wodzie kapac. Znaczy, sami szczaja w swoje gniazdo. Chyba ze ten ham, co podpity pety wrzuca wieczorem, idzie rano plywac w drugim basenie. I tak tez sobie mysle, zupelnie z innej beczki, ile litrow basenowej wody trzeba, zeby rozcienczyc bezpiecznie gnijaca, zdechla wrone? :) Przyjmujac ze taka zdechla, rozkladajaca sie wrona zajmuje nawet litr wody, to Drugi Basen ma pol MILIONA litrow wody, a Duzy Basen miesci prawie POLTORA MILIONA litrow wody, ktore system oczyszczania (grawitacyjny, chemiczny i biologiczny) potrafi calkowicie oczyscic w ciagu trzech dni, to do ktorego basenu Panstwo weszli by bez oporod najpierw, i kiedy?:) Acha, zapomnialbym. By zachowac krystaliczna czystosc wody, system kontroli PH i dozowania, wpuszcza do wody na dobe prawie 40 litrow stezonego podchlorynu potasu, 15 litrow utleniacza, ktory nieopatrznie rozlany wyzera zolte dziury w asfalcie, oraz 5 litrow alga-killera, ktorego skladu nawet boje sie cytowac :) Ale nie martwcie sie, hotel jest czterogwiazdkowy, w tanszych nie maja zadnego systemu ciaglego dozowania - wala noca podchloryn wprost z beczki do basenu :) Nie radze w takim plywac do rana. Szkoda skory. Mam na dloniach zole plamy od nalewania podchlorynu do beczki dozownika ;)

17 czerwca 2007

Grecki kontrakt: JA SU!

Siema :) Grecy gdy sie witaja, i chca szie powitac silnie i serdecznie, witaja sie glownie glosem, nie tak jak my, gestem. Powitanie jest tym serdeczniejsze, im glosniej wyrazasz swoje kalimera, tikanis?, albo odpowiadasz ja su, kala!. Zwykle kiwniecie z szacunkiem glowa, czy wesole pomachanie na powitanie reka moze byc odczytane wrecz za gburowatosc. W Polsce gdy chcemy kogos powitac z zazyloscia i serdecznoscia, mezczyzni sciskaja sobie dlonie, kobiety caluja sie lub obejmuja. Tutaj, w Grecji nikt nikomu reki nie podaje i nie obcalowuje wzajemnie, natomiast wszyscy usmiechaja sie do siebie szeroko i glosno zycza sobie milego dnia! Co dziwne, nawet jesli kogos widzisz po raz piaty tego samego dnia, warto rzucic zwykle ja su!, takie tutejsze siema :) I jeszcze jedna ciekawostka - w Polsce spotykajac grupke osob, witasz sie z tym kogo znasz, pozniej ewentualnie z nieznajomymi. Albo i nie, bo przeciez ich nie znasz. Tutaj natomiast zawsze rzuca sie w tlum glosne i radosne jas jas!, czesc wam! Witamy sie po prostu ze wszystkimi od razu, nikogo nie wyrozniajac ani nie pomijajac! I juz. Pozniej czasem jest z kolei smiesznie, bo ktos nieznajomy na ulicy mowi Ci ja-su! :) Pamieta Cie po prostu z ostatniego spotkania, wiec jestes juz jego znajomym! Wiec warto taka znajomosc podtrzymac! W ten sposob zna sie ze soba nawzajem pol Grecji :) Co jest czesto bardzo przydatne, zeby np. cos zalatwic, czy uzyskac pomoc, bo znajomosci i towarzyskie zaleznosci maja tu wielkie znaczenie, prawie tak jak u nas za Komuny, tylko w pozytywnym sensie! :) Grecy w ogole sa bardziej "stadni" niz Polacy, ale to juz inna historia..

16 czerwca 2007

Grecki kontrakt: PAME NA PETALOUDON

Jedziemy do Motylowa :) Mowisz RODOS - kojarzysz: a, surfing, geje i motyle :) Z pierwszego nie korzystalismy jeszcze, druge jakos mnie nie pociaga, wiec postanowilismy grzecznie pojechac ogladac motylki :) Oczywiscie stopem, jako ze bilet z Rodos kosztuje 5 EUR w jedna strone, a wolelismy za to kupic 48 piw :) i oczywiscie od razu klimat szalony, bo podrzucil nas dziadek, zdezelowanym Nissanem, z popekana w cholere i poklejona tasma klejaca przednia szyba, a ktory na tylnich siedzeniach mial mase okrutnie kiczowatych odpustowych obrazkow jak z komixow, malowanych na szkle, lustrze, i czym tam jeszcze szklanym wypadlo :P Po drodze do Motylowego Wawozu (Valley of Buterflies) mijamy bardza fajna farme zwierzakową (4 EUR), gdzie mozna poogladac sobie strusie, osiolki, przejechac sie na wielbladzie (5 EUR), pokarmic kukurydza (1 EUR) wszystkie zwierzaki, a na odchodnym nieopodal, gratisowo skosztowac (a takze zanabyc) przepysznego wina w lokalnej faktorii! Wiec na miejscu za jedyne 5 EUR wstępujemy do malowniczego wąwozu, niczym z chobbicich opowieści Tolkiena, pelnego tajemniczych powykrecanych drzew, glazow poprzecinanych strumieniami... Czasami bystre oko dostrzerze kraba slodkowodnego, albo malego ptaszka-skaczaszka z krotkim ogonkiem, ktory po skalach skacze i wciska sie w kazdy zalom skalny by wydlubac jakies smakowite robactwo, albo tez napotkac nawet jakiegos dorodnego suwaka :) - znaczy, szarego jaszczurka dlugigo na łokieć, a na skale sie wygrzewajacego :)
..Tolkienowo bylo..
Samych motyli w Dolinie motyli bylo tak ligo-ligo, czyli troche-nieco, jako ze o tej porze zaczynaja sie dopiero pokazywac - znaczy, przepoczwarzac w postac dorosla - imago. Miejscowoi sugeruja wycieczke na przelomie lipca i sierpnia, kiedy motyli jest zatrzesienie, sa jeszcze chetne do latania, a z powodu tego czym sie wszystkie one do kupy zywia, caly wawoz pachnie tajemniczo i zywicznie, podobno jak nawa koscielna pelna kadzidla..
..Gdy siedzi, sprawia niepozorne wrazenie, lecz w locie jest malowniczy..
Na samym koncu pnacego sie dzielnie w gore schodkami wawozu stoi kosciolek, na ktorego podworzu jest bardzo klimatyczna tawerenka :) Na prawde warto podejsc od kasy jeszcze te 20m, i dac sobie spokoj z Oficjalna Parkowa Knajpa. Gdy zasiądziemy w kamiennych ławach przy kosciółku, zamawiając tradycyjna grecka przegryzke - bardzo gesty jogurt z miodem i orzechami, albo sok pomaranczowy wyciskany "na zywo" z pomaranczy roznacych na podworku, gratis dostajemy niesamowity widok z panoramą na pół Wyspy! :)
..Motyl tez czasem ma ochote na piwko..
..I trafil nam sie motyl-piwosz, przysiadły na puszcze i zapuszczający swoja trabke, nawykla do spijania nektaru, wprost do puszki z chlodnym piwem... Takie zycie motyla w Petaloudes :)
..Hobbit, czyli w gore i na dol..

14 czerwca 2007

Grecki kontrakt: TI SINEWI? KALOKIERI! :)

Co sie stalo? Lato przyjechalo :) A poczatek lata w hotelu charakteryzuje sie tym, ze zamiast niemieckich i szwedzkich, spokojnych parek z pieciolatkami, zaczynaja przyjezdzac angielskie nastolatki chlejace na plazy i rzucajace pety do basenu, by zaimponowac swoim laskom: macho jestem, mam wielkie cohones, nonszalancko rzucam pety do basenu i wypilem cwiartke ginu z butelki :) Hotel na razie idzie na pol gwizdka, na dostepnych 1300 miejsc zajetych jest na razie ok. 530, ale przybywa codziennie nowych otomas. Widze to juz po wzroscie ilosci smieci w basenach :D Pojawiaja sie pierwsze niesmiale, a zatopione w toni wodnej plastikowe kubki, paczki papierosow, lyzeczki od lodow i gumy do zucia. Ciekawe czy ci ludzie u siebie w domu tez rzucaja gume do rzucia na podloge. Jesli tak, to musza miec miekko i lepko :D Stawiam zaklad o 10 eurocentow, czyli pusta butelke od piwa, ze jednak tak. No bo jesli u dwoch mlodych Austriaczek, ktore tez sa tu na kontrakcie, nie mozna przejsc podlogą, bo zasciela ja wszedzie wszystko, lacznie z bluzkami, ubraniami, puszkami po piwie, petami, kosmetykami, bielizna i innymi bambetlami, a w pokoju niemieckich animatorow z TUI obie komory zlewozmywaka sa wypelnione po brzegi puszkami po piwie, wanna jest w poziome paski, a podloga wyglada podobnie jak u Austriaczek? :) Wsrod tego wszystkiego wala sie laptop ASUSa za dobre osiem tysiakow i cyfrowa lustrzanka. Ale przed turystami wszyscy wygladaja pieknie, schludnie, czysciutko i profesionalnie na wysoki polysk jak cholera. Jak na pieciogwiazdkowy hotel przystalo :P